środa, 22 stycznia 2014

kontempluję...

... "Opowiadania terapeutyczne o niepłodności".
Czytam coraz więcej blogów dziewczyn, które walczą albo wygrały z niepłodnością. Czytam też blogi dziewczyn, które wybrały inną drogę aby pokonać niepłodność i zdecydowały się wraz ze swymi partnerami na adopcję. Ile blogów, tyle historii, ile emocji, tyle łez i wzruszeń. Ile pytań... hm... no właśnie ... nie zawsze tyle samo odpowiedzi.
Dodatkowe historie z życia wzięte trafiły od mnie od Promesy, która przesłała mi w ramach akcji "podaj dalej" książkę Bogdy Pawelec "Opowiadania terapeutyczne o niepłodności".
Przeczytałam tę książeczkę w niecałą dobę. Z wypiekami na twarzy, z łezką w oku kręcącą się przy finałach, parę opowiadań przeczytaliśmy z P razem na głos.
Zostałam naprowadzona. Nie wiem czy na dobry trop ale na pewno potrzebny. Dziś wiem, że jest przede mną droga do wykonania, której chyba nie planowałam. Owszem... podążam od dawna podobnymi szlakami, analizuję siebie, swoje postępowanie, wybieram się czasem w podróże do przeszłości, obserwuję siebie w różnych latach mego życia i podglądam małą dziewczynkę, potem dziewczynę aby dojść do okresu szalonej młodości aż do dziś. Staram się już od lat śledzić gdzie były upadki, złamania, załamania, rozczarowania, zgryzoty, nieszczęścia. Kiedy natomiast moje życie obfitowało w radość i szczęście, w nieopisane przygody. Doceniam wszelkie przyjaźnie, doświadczenia i inicjacje. Jestem sobą i lubię siebie taką jaka jestem. Wydawało mi się, że od dawna jestem pogodzona z tym co było i dlaczego tak a nie inaczej mnie ukształtowało. Ale po "Opowiadaniach..." coś się otwiera, coś nakazuje skierować nasze myśli tam, gdzie jeszcze nie były.
Dziękuję Ci Promeso, że tak szybko udało Ci się przekazać mi ten dar. Dotarł do mnie bowiem w dniu, gdy dowiedzieliśmy się, że z cyklu monitorowanego nie wyszło nic. Nie było z tego wielkiej tragedii choć ból w sercu jak co miesiąc dopadł mnie i sprawił, że świat na chwilę był beeee.
Staramy się walczyć dalej jak wiele z Was, których słowa czytane codziennie krzepią mnie, edukują i dodają otuchy utwierdzając w przekonaniu, że nie jestem sama. Wierzę, że cud będzie nas kiedyś także dotyczył i nie raz jeszcze wylejemy tutaj łzy szczęścia. Bo przecież Agnieszka też kiedyś pisała..." (...)Od ok pół roku noszę też na ręce czerwoną bransoletkę. Zwykły sznureczek, ale czerwony. I choć sama śmiałam się z osób, które wiążą w wózku dziecka, medalik z Matką Boską na czerwonej wstążce… to teraz już rozumiem. Wiem, że czasem chwytamy się rzeczy, w które sami nawet nie do końca wierzymy. Dlaczego? Bo jeśli nie zaszkodzą to może pomogą?? Bo tonący brzytwy się chwyta.
Były już modlitwy. I te zwykłe, najprostsze. I gorące jak żar. Był różaniec. Była litania do św Dominika… Może źle się modlę? Może za słabo? A może zbyt egoistycznie?? Nie wiem. Ale są dni, że nie mam najmniejszej ochoty już o nic prosić, i mam dość."  a dziś jest w szpitalu w 38 tygodniu ciąży i czeka na swoją Maję. :-) Czyż to nie piękne? :-)

P.s. Teraz książeczka w ramach akcji "podaj dalej" poleci to Wężona :-) 



czwartek, 16 stycznia 2014

egzamin...

...życia
Siedząc dziś w klinice, w poczekalni, obserwując inne pary oraz kobiety, którzy przychodzą tam w tym samym celu co my, P powiedział że czuje się jak przed egzaminem. Że jest to niczym szkolny korytarz a pani wywołująca nas co i rusz po nazwisku, to taka pomoc egzaminatorów, którzy pastwią się nad nami i stresują, dając do zrozumienia, że wciąż za mało wiemy.
Przecież się uczymy, zakuwamy, przecież wyrzekamy się wielu przyjemności na korzyść przygotowań do egzaminów, przecież unikamy tego i owego a skupiamy się na tamtym i owamtym. I co miesiąc, gdy przychodzi chwila kolejnego egzaminu, z uczuciem nadziei miesza się strach, stres, zwątpienie... Bo przecież egzaminator znów może powiedzieć: "... jeszcze za mało, za mało nauki, za mało starań, mizerna wiedza... Zapraszam w innym terminie!!!" "ALE W JAKIM TERMINIE" - pytamy się - "KIEDY ZNÓW PAN NAS DOPUŚCI?"
"DOPUSZCZĘ ZA MIESIĄC, A CZY ZDACIE? ... phiiii A KTO TO MOŻE WIEDZIEĆ????"

Tym razem nie zdaliśmy. 

czwartek, 9 stycznia 2014

24-ty...

 ... dzień cyklu. Bolą piersi. To tyle. Czyli generalnie jakby zwiastowało to okres. Nic innego, bardziej optymistycznego, nie przychodzi mi do głowy. Choć piersi bolą już w sumie od paru dni...
Biorę od 6 dni progesteron w gelu dopochwowo. Żadnych reakcji, żadnych efektów ubocznych. Aplikowanie sobie tego specyfiku też jest bezproblemowe. Oby tylko to szpikowanie się chemią miło jakiś dalszy sens. Na razie nic nie czuję. Ale czy to w ogóle coś się czuje?
Znam wiele kobiet, które twierdzą, że nie czuły nic, nawet w drugiej ciąży, kiedy to były już przecież doświadczone.
Ja w mojej pierwszej ciąży czułam do samego początku, że jestem inna. Po pierwsze zmiana chyba temperatury ciała. Nie mierzyłam ale czułam jakby lekko podwyższoną temperaturę. W wydzielinie z nosa były prątki krwii. No i ogólnie czułam, że "COŚ" jest na rzeczy. A teraz nic. Więc pewnie nic na rzeczy nie ma.
W każdym razie po tym monitorowanym cyklu, 16 stycznia - czyli za tydzień - idę na badanie krwi w celach wiadomych. Zero nastawiania się. Jak nic nie wyjdzie to w kolejnym cyklu idziemy w inseminację. O!

czwartek, 2 stycznia 2014

monitorujemy

Jesteśmy w trakcie. Tzn. dziś wypada drugi dzień, na kiedy to lekarz zaplanował, że powinniśmy mocno się przytulać. Oznacza to, że jestem po zastrzyku, który miał na celu wywołanie pęknięcie pęcherzyka. Zastrzyk wykonałam sobie sama bo...
27 grudnia podczas USG u pana dr, okazało się że pęcherzyk jest jeszcze zbyt mały i powinnam przyjść na ponowne USG 30 grudnia. Niestety mieliśmy wcześniej zaplanowany wyjazd i ponowna wizyta u lekarza była niemożliwa. Lekarz zaproponował, że będziemy musieli poradzić sobie inaczej i wyliczył kiedy mam zrobić sobie zastrzyk - poniedziałek 30 grudnia o 15:00 - skąd taka dokładność??? :-)
Ponoć bazował na swoim wieloletnim doświadczeniu.
Teraz generalnie jesteśmy w fazie najprzyjemniejszej :-)... a od soboty czeka mnie branie progesteronu w żelu.
Tyle faktów.
A co do moich odczuć to nie jestem jakoś super zachwycona tym lekarzem. Nie wyczuwam, żeby był przejęty naszą sytuacją. Wywiad podczas pierwszej wizyty nie był szczegółowy i chyba jak na razie to pytał nas o najmniej informacji ze wszystkich lekarzy u jakich byliśmy. Być może jest aż takim fachowcem, że wystarczy jedno spojrzenie... a być może po prostu ... no nie wiem.
Na nic się nie nastawiam. Bardzo CHCĘ - to oczywiste - ale nie rozmyślam, nie doszukuję się, nie dorabiam.
Ogólnie zauważam, że mam trudność w pisaniu o naszej niepłodności. Nie mam w tym temacie tzw. "łatwego pióra", że o poczuciu humoru nie wspomnę.
Czytam blogi innych dziewczyn borykających się z tym samym problemem i widzę, że u mnie jest totalnie zimno, że są głównie fakty, że nie ma miejsca na luźne dywagacje.
A przecież prywatnie jestem zupełnie inna.

No nic... widocznie nic na siłę.
Czekamy i będziemy donosić co i jak.
Ciekawa jestem tylko swoich reakcji na progesteron. Po zastrzyku z Ovitrelle nie było mi nic. Zastrzyk jest absolutnie bezbolesny i nie wyczuwam żadnych skutków ubocznych.

Pozdrawiam Was wszystkie tym noworocznym wpisem i życzę aby wiadome marzenia spełniły się każdej z Was - już w tym roku :-)