poniedziałek, 1 września 2014

jestem...

... choć piszę niezmiernie rzadko to zaglądam tu niezmiernie często. Śledzę losy szczęśliwych nowo upieczonych mam, nowo upieczonych ciężarnych i raduje się tym szczęściem, które bije od Was. Trzymam zawsze mocno kciuki za powodzenie wielu planów i marzeń bo sama wiem jakie to ważne, gdy otoczenie wspiera i wierzy razem z nami. 
U nas działo się w tym czasie i mało i dużo. 
Niemieckie leczenie porzuciliśmy precz. Nie mieliśmy poczucia, że ktoś nas wnikliwie bada, szuka, radzi, kombinuje. Takie standardowe podejście do tematu niczym pacjentka z grypką i o! Wyleczy się!
Trafiliśmy do lekarza w Polsce. Lekarz sprawdzony, polecony, z sukcesami w temacie wiadomym. 
Pierwsze wizyta była w czerwcu. Polecił zrobić niezbędne badania jeszcze przed pierwszą wizytą. Byliśmy bowiem w kontakcie mailowym. Z kompletem badań (jak nam się zdawało) stawiliśmy się w dniu wizyty. Wszystko wyszło jak zwykle OK tylko okazało się, że Niemcy nie zrobili jednego (jak się okazuje MEGAWAŻNEGO) badania. Testu na prolaktynę po obciążeniu lekiem MTC. Ponieważ trzeba to zrobić w odpowiednim momencie cyklu, nie dało się wykonać tego badania podczas wizyty u nowego lekarza. Po powrocie do Niemiec szukałam lekarza miejscowego, który zrobiłby ten test (ponoć standardowy i nic to nadzwyczajnego) ale w trzech klinikach nie robili, a w czwartej kazali się umówić najpierw z lekarzem na konsultacje celem wywiedzenia się po co i na co i w jakim celu, co oczywiście ZNAAACZNIE podnosi koszt tegoż badania. Jak się dowiedziałam od 300 do 600 € by nas to wyniosło. Chora jeszcze nie jestem i na głowę nie upadałam. U mojego lekarza w Polsce badanie owo kosztuje 50 pln. Zatem poczekaliśmy do kolejnego cyklu, zakupiła bilet do Ojczyzny i w 3 dniu cyklu doszło wreszcie do owego standardowego acz tajemniczego badania. Prolaktyna po obciążeniu MTC wyszła 17 RAZY WYŻSZA!!!!
Wysoka prolaktyna jak wiadomo działa jak naturalna antykoncepcja i znacznie utrudnia zajście w ciążę. 
I ja się teraz pytam co oni, Ci lekarze robili tyyyleeee czasu. Ja wiem, że prolaktyna nie musi być jedyną przyczyną naszej niepłodności ale teraz przynajmniej coś wiemy, więcej wiemy i się leczymy. Kuracja lekami ma trwać minimum 2 miesiące i po tym czasie możemy oczekiwać zajścia w ciążę, co oczywiście nie musi koniecznie nastąpić. Biorę obecnie Dostinex raz w tygodniu po dwie tabletki. Skutków ubocznych brak. 
W każdym razie trzymajcie kciuki za efekty tej terapii. 
Czy jestem zła? Była. Nie mam już siły się złościć. Działam. Choć żal w sercu wielki. 
Tyle ode mnie na dziś. 
pozdrowienia dla Was wszystkich.

wtorek, 25 marca 2014

bez większych zmian

Dziękuję Wam bardzo za pytania o to co u mnie i jak się sprawy mają. Nie piszę bo nie ma o czym. Tak jak kiedyś wspominałam nie mam weny zbyt dużej do pisania bo to wszystko wydaje mi się takie czcze i bez sensu. Kondycja moja psychiczna ma się nieźle. To chyba zasługa tego iż ta walka o potomstwo bardzo zbliżyła mnie z Pe. My generalnie jesteśmy dość zgodną parą ale i u nas nie ma wolności od kłótni i burzliwych nieporozumień. Jednak ostatnie miesiące są znacznie znaaaacznie spokojniejsze i po prostu dobre. Ja wyluzowałam, wiele we mnie spokoju. Jest dobrze.
A ze spraw tych ważnych to informuję, że jesteśmy po pierwszej nieudanej inseminacji. Jakoś nie miałam w nią wiary od samego początku. Nie wyczekiwałam nie wiadomo jak wyników CHOĆ wiadomo, że po otrzymaniu informacji o negatywnym wyniku testu poryczałam się jak bóbr i znów wszystko było do de...
Mam wrażenie, że nie była ona po prostu dopieszczona. Wyczytałam, że od momentu wykonania zastrzyku do chwili inseminacji powinno minąć od 24h do 36h. A ja miałam inseminację po 42h. (???)

Postanowiliśmy nie czekać i ten cykl też jest inseminacyjny, że tak sobie to nazwę.
Staram się wierzyć i mówić się sobie w duszy, że się uda. Siła podświadomości już nie raz dała o sobie znać. Teraz podczas usg dopytam się dlaczego takie a nie inne decyzje były podjęte odnośnie naszego zabiegu. Dlaczego tak późno.

Jeśli teraz nie wyjdzie to jedziemy leczyć się do Polski.

Czytam Was wszystkie i śledzę Wasze losy. Wiele smutków ostatnio u co poniektórych. Wiele zadumy, która wypiera czasem wiarę i nadzieję. Jednak wszystkie wiemy, że każdą z nas dopadają gorsze chwile ale potem niebo rozświetla się promieniami słońca i znów świat jest przez chwilę piękniejszy.

Moja koleżanka (4 lata starań) urodziła w piątek śliczną córeczkę. Kuzynka w sobotę chłopczyka.
Raduje się me serce. Nie umiem się nie cieszyć, nie wzruszać.

pozdrawiam Was 

czwartek, 6 lutego 2014

burdel...

... na kółkach.
Gdy przed prawie miesiącem dowiedziawszy się o negatywnym wyniku testu, powiedziałam lasce w recepcji, że chciałabym umówić się z lekarzem jak najszybciej, otrzymaliśmy termin na dziś. Jakże wielkie było moje zdziwienie gdy meldując się w rejestracji o wyznaczonej godzinie, dowiedziałam się, że .... zostałam zapisana na wizytę nie do tego lekarza co trzeba, nie do prowadzącego nas od grudnia, tylko do kogoś innego. Zapytana dlaczego???.... otrzymałam odpowiedź, że pewnie nie zadeklarowałam podczas umawiania się na wizytę do kogo chcę być przyjęta.... Hę???? Ke????
A nie jestem przypisana KONKRETNEMU lekarzowi????
Jest Pani, ale podczas umawiania wizyty należy jeszcze to sprecyzować.
Że co k.... wa?
W głowie jednak przebiegła mi szybka myśl, że może to i dobrze. Pamiętacie jak pisałam ostatnio, że nie czułam 100% pewności przy lekarzu, który mnie badał. Że jakaś taka olana się poczułam i że bez wystarczającej ilości informacji  i że generalnie skoro nie ma efektów z nim to może z NIĄ... bo okazało się, że nazwisko nic nie mówiące mi o płci należy do kobiety.

Wizyta trwała godzinę. Niby miała wszystko "w spadku" po, jak się okazało, swoim szefie, ale dopytywała, informowała, sugerowała. Nie czułam, że ktoś mnie popędza, że powiedział już swoje a teraz ałwiderzejn.
Miło jej z oczu patrzyło. Pani okazała się Turczynką, władającą angielskim (bo u lekarza tylko rozmawiam po angielsku) może nie tak dobrze jak jej szef ale starała się.

Pan szef nie zrobił badania spermy P. Dlaczego? Nie wiem. Miał jego wyniki z lipca ale nowa pani dr powiedziała, że warto je powtórzyć dla pewności, że wszystko jest OK, tym bardziej że kolejny cykl będzie pt "INSEMINACJA"

Jak się okazuje pierdolnik panuje nawet w tak poukładanym kraju, jakim są Niemcy. Zresztą ta niemiecka precyzja wkrótce przejdzie do lamusa. Nie wiem czy to coraz większa grupa emigrantów robi im złą robotę i rozwala system :-)))) hehehe, czy też po prostu bezmyślne laski (bez względu na narodowość) pracują w rejestracji owej kliniki

I tak oto stałam się pacjentką zupełnie innego lekarza, co w sumie od początku gdzieś tam biegało mi z tyłu głowy.

W przyszły czwartek P idzie przebadać plemniczki i jeśli nie będzie żadnych przeciwwskazań (a nie będzie!!!! :-) to około 28 lutego będziemy się inseminować. 

środa, 22 stycznia 2014

kontempluję...

... "Opowiadania terapeutyczne o niepłodności".
Czytam coraz więcej blogów dziewczyn, które walczą albo wygrały z niepłodnością. Czytam też blogi dziewczyn, które wybrały inną drogę aby pokonać niepłodność i zdecydowały się wraz ze swymi partnerami na adopcję. Ile blogów, tyle historii, ile emocji, tyle łez i wzruszeń. Ile pytań... hm... no właśnie ... nie zawsze tyle samo odpowiedzi.
Dodatkowe historie z życia wzięte trafiły od mnie od Promesy, która przesłała mi w ramach akcji "podaj dalej" książkę Bogdy Pawelec "Opowiadania terapeutyczne o niepłodności".
Przeczytałam tę książeczkę w niecałą dobę. Z wypiekami na twarzy, z łezką w oku kręcącą się przy finałach, parę opowiadań przeczytaliśmy z P razem na głos.
Zostałam naprowadzona. Nie wiem czy na dobry trop ale na pewno potrzebny. Dziś wiem, że jest przede mną droga do wykonania, której chyba nie planowałam. Owszem... podążam od dawna podobnymi szlakami, analizuję siebie, swoje postępowanie, wybieram się czasem w podróże do przeszłości, obserwuję siebie w różnych latach mego życia i podglądam małą dziewczynkę, potem dziewczynę aby dojść do okresu szalonej młodości aż do dziś. Staram się już od lat śledzić gdzie były upadki, złamania, załamania, rozczarowania, zgryzoty, nieszczęścia. Kiedy natomiast moje życie obfitowało w radość i szczęście, w nieopisane przygody. Doceniam wszelkie przyjaźnie, doświadczenia i inicjacje. Jestem sobą i lubię siebie taką jaka jestem. Wydawało mi się, że od dawna jestem pogodzona z tym co było i dlaczego tak a nie inaczej mnie ukształtowało. Ale po "Opowiadaniach..." coś się otwiera, coś nakazuje skierować nasze myśli tam, gdzie jeszcze nie były.
Dziękuję Ci Promeso, że tak szybko udało Ci się przekazać mi ten dar. Dotarł do mnie bowiem w dniu, gdy dowiedzieliśmy się, że z cyklu monitorowanego nie wyszło nic. Nie było z tego wielkiej tragedii choć ból w sercu jak co miesiąc dopadł mnie i sprawił, że świat na chwilę był beeee.
Staramy się walczyć dalej jak wiele z Was, których słowa czytane codziennie krzepią mnie, edukują i dodają otuchy utwierdzając w przekonaniu, że nie jestem sama. Wierzę, że cud będzie nas kiedyś także dotyczył i nie raz jeszcze wylejemy tutaj łzy szczęścia. Bo przecież Agnieszka też kiedyś pisała..." (...)Od ok pół roku noszę też na ręce czerwoną bransoletkę. Zwykły sznureczek, ale czerwony. I choć sama śmiałam się z osób, które wiążą w wózku dziecka, medalik z Matką Boską na czerwonej wstążce… to teraz już rozumiem. Wiem, że czasem chwytamy się rzeczy, w które sami nawet nie do końca wierzymy. Dlaczego? Bo jeśli nie zaszkodzą to może pomogą?? Bo tonący brzytwy się chwyta.
Były już modlitwy. I te zwykłe, najprostsze. I gorące jak żar. Był różaniec. Była litania do św Dominika… Może źle się modlę? Może za słabo? A może zbyt egoistycznie?? Nie wiem. Ale są dni, że nie mam najmniejszej ochoty już o nic prosić, i mam dość."  a dziś jest w szpitalu w 38 tygodniu ciąży i czeka na swoją Maję. :-) Czyż to nie piękne? :-)

P.s. Teraz książeczka w ramach akcji "podaj dalej" poleci to Wężona :-) 



czwartek, 16 stycznia 2014

egzamin...

...życia
Siedząc dziś w klinice, w poczekalni, obserwując inne pary oraz kobiety, którzy przychodzą tam w tym samym celu co my, P powiedział że czuje się jak przed egzaminem. Że jest to niczym szkolny korytarz a pani wywołująca nas co i rusz po nazwisku, to taka pomoc egzaminatorów, którzy pastwią się nad nami i stresują, dając do zrozumienia, że wciąż za mało wiemy.
Przecież się uczymy, zakuwamy, przecież wyrzekamy się wielu przyjemności na korzyść przygotowań do egzaminów, przecież unikamy tego i owego a skupiamy się na tamtym i owamtym. I co miesiąc, gdy przychodzi chwila kolejnego egzaminu, z uczuciem nadziei miesza się strach, stres, zwątpienie... Bo przecież egzaminator znów może powiedzieć: "... jeszcze za mało, za mało nauki, za mało starań, mizerna wiedza... Zapraszam w innym terminie!!!" "ALE W JAKIM TERMINIE" - pytamy się - "KIEDY ZNÓW PAN NAS DOPUŚCI?"
"DOPUSZCZĘ ZA MIESIĄC, A CZY ZDACIE? ... phiiii A KTO TO MOŻE WIEDZIEĆ????"

Tym razem nie zdaliśmy. 

czwartek, 9 stycznia 2014

24-ty...

 ... dzień cyklu. Bolą piersi. To tyle. Czyli generalnie jakby zwiastowało to okres. Nic innego, bardziej optymistycznego, nie przychodzi mi do głowy. Choć piersi bolą już w sumie od paru dni...
Biorę od 6 dni progesteron w gelu dopochwowo. Żadnych reakcji, żadnych efektów ubocznych. Aplikowanie sobie tego specyfiku też jest bezproblemowe. Oby tylko to szpikowanie się chemią miło jakiś dalszy sens. Na razie nic nie czuję. Ale czy to w ogóle coś się czuje?
Znam wiele kobiet, które twierdzą, że nie czuły nic, nawet w drugiej ciąży, kiedy to były już przecież doświadczone.
Ja w mojej pierwszej ciąży czułam do samego początku, że jestem inna. Po pierwsze zmiana chyba temperatury ciała. Nie mierzyłam ale czułam jakby lekko podwyższoną temperaturę. W wydzielinie z nosa były prątki krwii. No i ogólnie czułam, że "COŚ" jest na rzeczy. A teraz nic. Więc pewnie nic na rzeczy nie ma.
W każdym razie po tym monitorowanym cyklu, 16 stycznia - czyli za tydzień - idę na badanie krwi w celach wiadomych. Zero nastawiania się. Jak nic nie wyjdzie to w kolejnym cyklu idziemy w inseminację. O!

czwartek, 2 stycznia 2014

monitorujemy

Jesteśmy w trakcie. Tzn. dziś wypada drugi dzień, na kiedy to lekarz zaplanował, że powinniśmy mocno się przytulać. Oznacza to, że jestem po zastrzyku, który miał na celu wywołanie pęknięcie pęcherzyka. Zastrzyk wykonałam sobie sama bo...
27 grudnia podczas USG u pana dr, okazało się że pęcherzyk jest jeszcze zbyt mały i powinnam przyjść na ponowne USG 30 grudnia. Niestety mieliśmy wcześniej zaplanowany wyjazd i ponowna wizyta u lekarza była niemożliwa. Lekarz zaproponował, że będziemy musieli poradzić sobie inaczej i wyliczył kiedy mam zrobić sobie zastrzyk - poniedziałek 30 grudnia o 15:00 - skąd taka dokładność??? :-)
Ponoć bazował na swoim wieloletnim doświadczeniu.
Teraz generalnie jesteśmy w fazie najprzyjemniejszej :-)... a od soboty czeka mnie branie progesteronu w żelu.
Tyle faktów.
A co do moich odczuć to nie jestem jakoś super zachwycona tym lekarzem. Nie wyczuwam, żeby był przejęty naszą sytuacją. Wywiad podczas pierwszej wizyty nie był szczegółowy i chyba jak na razie to pytał nas o najmniej informacji ze wszystkich lekarzy u jakich byliśmy. Być może jest aż takim fachowcem, że wystarczy jedno spojrzenie... a być może po prostu ... no nie wiem.
Na nic się nie nastawiam. Bardzo CHCĘ - to oczywiste - ale nie rozmyślam, nie doszukuję się, nie dorabiam.
Ogólnie zauważam, że mam trudność w pisaniu o naszej niepłodności. Nie mam w tym temacie tzw. "łatwego pióra", że o poczuciu humoru nie wspomnę.
Czytam blogi innych dziewczyn borykających się z tym samym problemem i widzę, że u mnie jest totalnie zimno, że są głównie fakty, że nie ma miejsca na luźne dywagacje.
A przecież prywatnie jestem zupełnie inna.

No nic... widocznie nic na siłę.
Czekamy i będziemy donosić co i jak.
Ciekawa jestem tylko swoich reakcji na progesteron. Po zastrzyku z Ovitrelle nie było mi nic. Zastrzyk jest absolutnie bezbolesny i nie wyczuwam żadnych skutków ubocznych.

Pozdrawiam Was wszystkie tym noworocznym wpisem i życzę aby wiadome marzenia spełniły się każdej z Was - już w tym roku :-)